czwartek, 29 października 2015

Chłodny blond czyli farba do włosów Alfaparf i historia mojej koloryzacji



Cześć kochani
Nie jestem specjalistką i temat, który opiszę oraz przemyślenia to tylko moja opinia. Dzisiejszy post dotyczył będzie moich włosów, a dokładniej ich koloryzacji.
Historia mojego farbowania jest długa. Niestety nie jestem w stanie w większości przypadków podać jakimi farbami kolorowałam moje włosy na przestrzeni lat bo po prostu nie pamiętam tego.
Zacznijmy od tego, że włosy farbuję od ponad 10 lat. Mój naturalny kolor włosów to coś koło ciemnego blondu ewentualnie jasnego brązu, wpadający trochę w mysi kolor.


Pierwszą koloryzację wykonałam u fryzjera i były to pasemka. Cieniutkie blond pasemka, tylko na wierzchniej części włosów.
Następny kolor zrobiłam już sama, stwierdziłam, że chcę mieć włosy rude, kupiłam farbę, nałożyłam i włosy wyszły nawet fajnie, były rude, a rozjaśnione pasemka wyszły różowe. Efekt mi się podobał, byłam młoda, były wakacje i można było poszaleć z kolorem. Oczywiście szybko mi się znudził, więc zaczęła się faza na brązy. I kolor ten gościł na mojej głowie dość długi czas. Farbowałam się sama i jeśli dobrze pamiętam używałam farby z Palette w odcieniu ciemna czekolada. Włosy nie wychodziły oczywiście brązowe, ale prawie czarne. Jedynie na słońcu widać było, że to brąz.
Po kilku latach znów miałam na włosach kolor rudy, kupiłam typową marchewę. Kolor szybko się zmywał, z tego co pamiętam może dwa razy farbowałam nim włosy.

No i zaczęłam przygodę z fryzjerem. Wybrałam jeden z najlepszych salonów fryzjerskich w mieście, sądząc, że skoro ma tak dobrą opinię i spore ceny najlepiej dobiorą mi tam kolor.
Fryzjerka zaproponowała brąz, stwierdziła, że do mnie ten kolor pasuje najlepiej, ten i żaden inny. Wyszedł ładnie, pani była bardzo miła. Chodziłam do niej kilka lat i kładła mi zawsze tą samą mieszankę farb. Ile kasy tam straciłam  nie wspomnę nawet. W obecnej chwili już jestem starsza, mądrzejsza, przeżyłam swoje i jak pomyślę ile takie farbowanie kosztowało to nie mogę uwierzyć jak mogłam tyle płacić. Niestety pani fryzjerka zaszła w ciąże, przestała pracować, a ja stwierdziłam, że do innej nie pójdę bo nie wiadomo czy będę tak samo zadowolona. Włosy sobie rosły i nic z nimi nie robiłam długi czas.
Załamanie sytuacji w moim życiu prywatnym, traumatyczne przeżycia, czas na zmiany.
Poza tym w ciemnym kolorze włosów zaczęłam czuć się źle.

Next level - zrobienie blond balejażu rozjaśniaczem, oczywiście przez fryzjerkę, która przychodziła do mnie do domu, polecona mi przez sąsiadkę. Pierwszy raz delikatny balejaż, tylko minimalnie rozjaśnione włosy w efekcie końcowym. Następne farbowanie pojechałam po całości i zrobiłam się blondi. Efekt super, twarz zupełnie inna, młodszy wygląd no czad po prostu. A pamiętam jeszcze tą fryzjerkę od brązu, która mówiła mi, że blond to nie dla mnie, a tu nagle takie komplementy od wszystkich jak ja super wyglądam, że lepiej niż w ciemnych i czego tak późno zdecydowałam się na ten kolor.
No ale wystąpił też efekt uboczny rozjaśniacza włosy trudno się rozczesywały, bez odżywki ani rusz.
Jednak robiąc rachunek zysków i strat tych drugich było według mnie mniej, liczył się wygląd, nie kondycja włosów.
Fryzjerka przychodziła do mnie kilka razy, ale i ta zaszła w ciąże i przestała chodzić, a ja dalej chciałam robić balejaż, byleby znowu nie przepłacać w salonie jak dawniej przy brązie.

Znalazłam kolejną, mamę mojego kolegi, dobrze robiła balejaż i brała za niego bardzo małe pieniądze. Pomyślałam sobie ta już na pewno w ciąże nie zajdzie, bo wiek jej na to nie pozwoli, więc w końcu mam moją panią od balejażu. Jedyne co mnie denerwowało to taki fakt, że nakładała mi rozjaśniacz kilka milimetrów od skóry głowy i odrost bardzo szybko się pojawiał. No ale tak podobno trzeba było więc trudno. Jeździłam do niej z dwa lata.

Nagle w mojej głowie narodził się pomysł, że skoro dobrze wyglądam w tak gęstym blond balejażu, może dobrze wyglądałabym po prostu w blondzie, który mogłabym przecież sama nakładać, nie tracąc czasu na dojazd, nakładałabym farbę tuż przy skórze głowy, a odrost nie byłby tak szybko widoczny. Szperając w internecie znalazłam farbę L'OREAL Preference ultra light, która w opinii użytkowniczek wychodziła pięknie. Kupiłam, nałożyłam na duży już odrost i wyszedł blond, ale rudy blond. A takiego efektu ani ja, ani moje włosy nie chcemy.
OMG pomyślałam jakoś to przeżyje, odczekam z dwa tygodnie i coś będę próbować z tym robić.
No i zrobiłam kupiłam rozjaśniacz platynowy Syoss, nałożyłam i co wyszło, wyszło żółtko plus odcienie rudego. W ruch poszła fioletowa odżywka i nic, w ruch poszedł fioletowy szampon i dalej nic, w ruch poszedł szary szampon i trochę lepiej, ale dalej źle.
Jedynym pozytywem tego farbowania rozjaśniaczem był fakt, że moje włosy się ani nie spaliły, ani nie wychodziły garściami, nie widziałam też żeby się mega zniszczyły.
Zaczęłam szukać czegoś co ochłodziłoby mi mój żółto - rudy odrost, a wiedziałam już, że ani płukanki, ani kolorowe szampony mi w tym nie pomogą.
Przewaliłam internet, przez kilka dni szukałam, czytałam opinie i po ogólnym rozeznaniu zdecydowałam się zamówić farbę profesjonalną Alfaparf w odcieniu 11.11 super jasny popielaty blond, który na próbce włosów wygląda biało - siwy. Kupiłam do tego utleniacz z Joanny 12 %.



Pomyślałam raz kozie śmierć, jeśli nawet włosy wyjdą za jasne, przynajmniej pozbędę się żółci i rudości. Odczekałam kolejne dwa tygodnie i zabrałam się do roboty. Standardowo instrukcja farby mówi, aby na jedną część farby dodać dwie utleniacza. Ponieważ ja w ostatnim miesiącu potraktowałam włosy po pierwsze farbą z L'OREALA, do tego dołożyłam im rozjaśniacz, stwierdziłam, że do farby i utleniacza w proporcji 1:2 dodam trochę szamponu do włosów i odżywki. Zrobiłam mieszankę, położyłam jej najwięcej na część włosów która była zrudziała i żółta po farbie i rozjaśniaczu, około 5 do 7 cm. Resztę farby rozprowadziłam na pozostałych włosach, ale już nie przykładałam się do tego dokładnie. Mieszankę trzymałam 35 minut, po tym czasie zmoczyłam i spieniłam produkt na włosach, trzymałam jeszcze 15 minut, aby kolor równomiernie złapał całą długość włosów. Kiedy farba była  na głowie w niektórych miejscach widziałam kolor niebieski, więc cały czas zastanawiałam się jaki będzie efekt końcowy. Po określonym czasie zmyłam farbę, umyłam włosy szamponem, nałożyłam odżywkę, wysuszyłam włosy i !!!! zobaczyłam piękny chłodny odcień blondu. W niektórych miejscach, szczególnie tych rozjaśnianych balejażem przebijał kolor niebieskawo - siwy, ale mi to wcale nie przeszkadzało. Nareszcie miałam blond o jakim marzyłam, osiągnięty bez użycia rozjaśniacza. Włosy były mięciutkie, łatwo się rozczesywały, co najmniej jakbym użyła jakiejś maski, a nie farby.
Jestem zadowolona z tego produktu. Znalazłam swój kolor, który mogę nakładać w domu.
Muszę dodać, że ten niebieski odcień po każdym myciu widać coraz mniej i myślę, że jeszcze kilka myć i zostanie zimny blondzik.
Za farbę zapłaciłam 29 zł z przesyłką. Ma 60 ml, myślę, że farbując same odrosty powinna starczyć mi cała tubka na trzy razy. Do tego utleniacz z Joanny około 10 zł za litr. Ogólny rachunek wychodzi niedrogo. Efekt końcowy pokażę na zdjęciach, ale one nie oddają niestety tego odcienia perfekcyjnie.
Na pierwszym zdjęciu widać bardzo zbliżony efekt do rzeczywistości.
Kolor ten jest piękny :)



Jeśli Wy też szukacie farby w kolorze chłodnego blondu, serdecznie mogę polecić Alfaparf 11.11.
Pozdrawiam i do następnego postu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za odwiedzenie mojego bloga,
każdy pozostawiony komentarz będzie dla mnie motywacją,
a pisanie postów stanie się jeszcze większą przyjemnością.